niedziela, 11 września 2016

Miejsce na Ziemi.

Nieopublikowany wcześniej post:

"To nie to.
Czuję to za każdym razem, gdy internet/praca/telewizor stają się centrum świata, a ja zamieniam się w mebel. Coraz mniej mi już się chce zwracać na siebie jego uwagę. Inni mnie zauważają, on raz na tydzień. W końcu sypiamy w jednym łóżku i dzielimy ze sobą mieszkanie. Wtedy ja też uciekam w swoje "internety" i miejsca, gdzie ktoś mnie zauważa.

To nie to.
Uświadamiam to sobie za każdym razem, gdy odpowiadam sobie na pytanie "czy wyobrażam sobie spędzenie z nim życia?". Nie. Nie wyobrażam sobie. Jeszcze w tamtym roku dotarło do mnie, że ludzie się nie zmieniają. On nigdy nie będzie bardziej przebojowy/uczuciowy/zaangażowany. To, co mi obecnie daje, to maksimum jego możliwości. Taki introwertyczny charakter. NIE ZMIENI SIĘ.

To nie to.
Jest dużym, nieodpowiedzialnym dzieckiem, a jak tu z dzieckiem zakładać rodzinę? Nie potrafi wstać do pracy na określoną godzinę, nie płaci mandatów, które z uporem maniaka otrzymuje, potrafi zapomnieć koła zapasowego od mechanika, zgubić klucze od domu, jego poczucie estetyki dopuszcza centrymetrowe warstwy kurzu na regałach, a pranie robi dopiero gdy już gaci nie można przewrócić na drugą stronę. Duży dzieciak. Nieszczęście, że trafił na kobietę, która ma syndrom "daj, zrobię to za Ciebie/zrobię to lepiej". Mam zapędy do matkowania mu, przyznaję. I to jest chujowe."



 A więc musiało się tak skończyć.


Nie mam swojego miejsca.
Właśnie wyprowadziłam się od faceta, z którym kolejny raz zerwałam.
W nowym mieszkaniu jeszcze się nie zaaklimatyzowałam. Z resztą nie będę się dobrze czuć ze świadomością, że pomagam spłacać kredyt mieszkaniowy dziewczynie o 2 lata ode mnie młodszej, a sama nic nie zrobiłam do tej pory w tym zakresie. Kredytu. Ślubu z bankiem.
Chyba liczyłam na to, że ówczesny facet podsunie mi jakieś rozwiązanie.
Gdzie będziemy mieszkać? Jak żyć?
A teraz żyję jak sierota.
Z domu rodzinnego już wyrosłam. Czuję się tam, jak w za małym na mnie dresie, który mimo, że wygodny, to jednak ma za krótkie rękawy i nogawki. Nie mieści mnie.
Wszyscy mnie denerwują. Starzy znajomi z ich reakcjami i tekstami, które znam na pamięć. Nowi znajomi, bo ich nie ma.
Pracę traktuję obecnie tylko jako źródło utrzymania. Codziennie odliczam czas, gdy szef opuści biuro i będę mogła włączyć pasjansa. I przeczekać do końca, pomiędzy marudzeniem jednej koleżanki, a fochami drugiej.
Za nic konstruktywnego nie potrafię się wziąć, bo po kilku dniach/tygodniach mi się odechciewa. Słomiany zapał.
Mam dość.

Wyjazd w Bieszczady dał trochę wytchnienia. Może tam bym pasowała?






środa, 1 czerwca 2016

Wiecz(or)na czerń.

Czy to jest tak, że przyciągam osoby ponure, pesymistyczne, wycofane uczuciowo?
Ja sama boję się okazywać uczucia (a nie daj borze zielony w miejscach publicznych), bo krytyk w mojej głowie zaraz oceni. 
Negatywnie, rzecz jasna.
Jasna cholera mnie bierze.
Bo jestem świadkiem, jak z osoby pogodnej, pełnej zapału i chęci do działania przeistaczam się w zrzędzącego trolla, którym nigdy nie chciałam się stać.
Są takie dni, kiedy mam serdecznie dość siebie.
Ostatnio takich dni coraz więcej.

A tu wiosna już dawno.
Szkoda, że bawią się beze mnie.
Ze smutkiem i lekkim niepokojem przyznaję, że czekam aż jutro po pracy zasiądę i otworzę piwo.
Psssss...






piątek, 1 kwietnia 2016

Otwieram okno!

"Dziwnie czuję się pisząc internetowy pamiętnik, dlatego robię to tak rzadko. Nie jestem tak otwarta i skora do dzielenia się z obcymi ludźmi swoim światem, jak myślałam o sobie kiedyś. Od naprawdę intymnych myśli mam swój tradycyjny pamiętnik w formie papierowego zeszytu. Zeszyt. Pisanie w zeszycie. Kto to dziś z własnej woli robi? A jeśli jednak, to witam w klubie.

Jest we mnie taki rodzaj pustki, której nic nie zagłuszy. Żadna relacja, rozmowa. Joga, taniec, spotkania ze znajomymi. Filmy, muzyka, podróże. Nic na dłuższą metę nie przynosi ukojenia. Dopiero teraz uczę się przebywać z tą pustką, ponownie oswajam smutek. Robię dla niego miejsce. Nie jest to miłe uczucie. A ja bym chciała, żeby było miło. Mała dziewczynka z dziurą w duszy."




Taki post naskrobałam 6 marca 2016.

Dziś nastrój zgoła odmienny.
Całkiem inny w zasadzie.
Niespodziewane wieczorne wyjście ze znajomymi i to jeszcze do lokalu, który od jakiegoś czasu planowałam odwiedzić.
Borze zielony jak bardzo mi tego brakowało!
Nowych ludzi, innej energii, kolejnych planów na życie.
Muszę otaczać się pozytywnymi osobami, bo zaczęłam czuć się we własnym życiu jak w ciasnym pokoju z drzwiami bez klamek.

Na szczęście jest tu okno.
I właśnie ktoś to okno otwiera.
Wiosna?














piątek, 13 listopada 2015

Co to za uczucie, co za stan?





It's been a while odkąd byłam tu ostatnio.

W międzyczasie odbyła się podróż do Lizbony. Pięknie smutne miasto. Leniwe, nieśpieszne, momentami senne. Przynajmniej ja je takim widziałam.
Trochę byłam pod wpływem książki "Lizbona. Muzyka moich ulic." Marcina Kydryńskiego. Napisałam: "trochę", bo przed wyjazdem zdążyłam przeczytać tylko pół książki. Drugą połowę doczytałam po powrocie.
I stwierdzam, że jest to lepszy zabieg, bo przynajmniej miałam pojęcie o czym ten pan pisał. Widziałam to, co on widział. Siedziałam na ławeczce na Portas de Sol, tak jak i on siadywał. Byliśmy podobnie bajerowani przez Senegalczyka, który chciał nam wcisnąć gustowne bransoletki z rzemyków za 1 Euro. Musiałam mieć czyste dobro w oczach, bo po tym jak przyznałam, że to nasz ostatni wieczór w Lizbonie i nie mamy nawet złamanego Euro przy duszy, jegomość ów wręczył je nam za darmo, przy zakładaniu życząc "health, money and sex".








Wrzuciłam tylko kilka zdjęć, bo tyle miałam w telefonie.
O Lizbonie pisać można bez końca (i wielu już to zrobiło).
A w związku z tym, że nie jest to blog podróżniczy, zamieszczam tutaj tylko śladowe ilości informacji o tym mieście.

Czy polecam?
Oczywiście, że polecam, ale ja jestem osobą dla której nawet podróż pociągiem na trasie Poznań-Zielona Góra jest swego rodzaju atrakcją. A co dopiero podróż na drugi koniec (dosłownie) Europy.
Pojechałabym jeszcze...wszędzie. Europa wschodnia, Skandynawia, południe Europy. Ale także w Polskę bym ruszyła. Góry moje ukochane, Bieszczady nieodwiedzone nigdy. Trójmiasto czeka i tupie nóżką z niecierpliwością.
Mam ogromny niedosyt.
Dawno temu odkryłam, że przemieszczanie się sprawia mi radość.
Chwilowa nawet "zmiana dekoracji" służy mojej głowie, daje inną perspektywę.
Sprawia, że moje wielkie problemy wielkimi już nie są.




Na koniec kot.
Tak bez powodu.
W zasadzie jest jeden powód...
....koty są najlepsze!




wtorek, 1 września 2015

Just beautiful!


Inspirujące wywiady z silnymi jak 100 diabłów kobietami.

Inteligencja.
Poczucie własnej wartości. 
Humor.
Błysk w oku.
Siła.

Doskonała lekcja, jak nie być wycieraczką.
W życiu i w relacjach z innymi ludźmi.

Miłego seansu!





środa, 26 sierpnia 2015

Trzy kropki i wykrzyknik.


Potrzebuję natchnienia, celu.
Inspirujących ludzi dookoła.
Bo czuję, że grzęznę w życiu, ale nie w tym dobrym znaczeniu.
(O ile w ogóle "grzeznę" ma jakieś dobre znaczenie).

Praca.
Słuchanie narzekań koleżanki z biurka obok, znoszenie fochów drugiej.  
Co na obiad?
Muszę pozmywać naczynia i wstawić pranie.
Przydałoby sie zatankować auto, bo na wodę nie jeździ.

Borze zielony, co mnie to wszystko obchodzi?
Dobrze, że dzieci nie ma w tym całym galimatiasie, bo miałyby strasznie sfrustrowaną matkę, a po co im to. 

"Nie tak to miało wyglądać" - stwierdził nieraz każdy z Was.
"Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej" - ta natrętna myśl wwiercała się w niejedną głowę.

Ciągle mnie gna do przodu. Ciągle nie mieszczę sie w jakieś ramy, nie pasuję.



poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Powrót do domu.

Minął rok od wyprowadzki.
I dokładnie rok później wracam w to-samo-ale-już-inne miejsce.
Po drodze wydarzyło się tyle, że ho ho.
Różni ludzie, dziwne spotkania, niepotrzebne kompromisy.
Fajne momenty, ale nie chwile.
Tułaczka w dosłownym znaczeniu i bezdomność duchowa.
Ciągle w nas wierzył. Niedorzecznie, nielogicznie.
Na szczęście!
Dobrze być z powrotem.