It's been a while odkąd byłam tu ostatnio.
W międzyczasie odbyła się podróż do Lizbony. Pięknie smutne miasto. Leniwe, nieśpieszne, momentami senne. Przynajmniej ja je takim widziałam.
Trochę byłam pod wpływem książki "Lizbona. Muzyka moich ulic." Marcina Kydryńskiego. Napisałam: "trochę", bo przed wyjazdem zdążyłam przeczytać tylko pół książki. Drugą połowę doczytałam po powrocie.
I stwierdzam, że jest to lepszy zabieg, bo przynajmniej miałam pojęcie o czym ten pan pisał. Widziałam to, co on widział. Siedziałam na ławeczce na Portas de Sol, tak jak i on siadywał. Byliśmy podobnie bajerowani przez Senegalczyka, który chciał nam wcisnąć gustowne bransoletki z rzemyków za 1 Euro. Musiałam mieć czyste dobro w oczach, bo po tym jak przyznałam, że to nasz ostatni wieczór w Lizbonie i nie mamy nawet złamanego Euro przy duszy, jegomość ów wręczył je nam za darmo, przy zakładaniu życząc "health, money and sex".
Wrzuciłam tylko kilka zdjęć, bo tyle miałam w telefonie.
O Lizbonie pisać można bez końca (i wielu już to zrobiło).
A w związku z tym, że nie jest to blog podróżniczy, zamieszczam tutaj tylko śladowe ilości informacji o tym mieście.
Czy polecam?
Oczywiście, że polecam, ale ja jestem osobą dla której nawet podróż pociągiem na trasie Poznań-Zielona Góra jest swego rodzaju atrakcją. A co dopiero podróż na drugi koniec (dosłownie) Europy.
Pojechałabym jeszcze...wszędzie. Europa wschodnia, Skandynawia, południe Europy. Ale także w Polskę bym ruszyła. Góry moje ukochane, Bieszczady nieodwiedzone nigdy. Trójmiasto czeka i tupie nóżką z niecierpliwością.
Mam ogromny niedosyt.
Dawno temu odkryłam, że przemieszczanie się sprawia mi radość.
Chwilowa nawet "zmiana dekoracji" służy mojej głowie, daje inną perspektywę.
Sprawia, że moje wielkie problemy wielkimi już nie są.
Na koniec kot.
Tak bez powodu.
W zasadzie jest jeden powód...
....koty są najlepsze!








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz