Brakuje mi go.
7 lat znajomości.
4 lata związku.
Bycia razem w doli i niedoli.
Miliony wspomnień. Jak na złość teraz atakowana jestem jedynie przez te wspomnienia dobrych chwil.
Myślałam, że będziemy razem mimo wszystko, a z drugiej strony nie widziałam dalszej przyszłości z nim.
Jestem popieprzona, nie?
Boli cholernie.
Dzień za dniem się wlecze. Jedynie muzyka daje wytchnienie. I spacery po parku.
Zaczyna do mnie docierać, że już nigdy nie będę go miała w swoim życiu, tak jak to było do tej pory.
Już nigdy nie pojadę z nim w żadną podróż, nie zjem leniwego sobotniego śniadania i nie popatrzę, jak w fartuszku uwija się w kuchni szykując dla nas posiłek.
Nie będę słuchać muzyki, leżąc obok niego.
Oglądać z nim filmów, denerwując się dlaczego jego nie śmieszy to, co mnie.
Nie będzie godzinnych rozmów przy herbacie po śniadaniu/obiedzie/kolacji.
Seksu pełnego czułości.
Czekam.
Jesień i zimę chciałabym przespać.
Nie myśleć.
Nie płakać.
Wiem, że przechodzę teraz żałobę po związku.
Wiem, że to kiedyś minie.
Ale teraz siedzę i zagryzam pięści, by nie rozryczeć się na głos, bo za ścianą śpi lokatorka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samość. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 września 2016
niedziela, 11 września 2016
Miejsce na Ziemi.
Nieopublikowany wcześniej post:
"To nie to.
Czuję to za każdym razem, gdy internet/praca/telewizor stają się centrum świata, a ja zamieniam się w mebel. Coraz mniej mi już się chce zwracać na siebie jego uwagę. Inni mnie zauważają, on raz na tydzień. W końcu sypiamy w jednym łóżku i dzielimy ze sobą mieszkanie. Wtedy ja też uciekam w swoje "internety" i miejsca, gdzie ktoś mnie zauważa.
To nie to.
Uświadamiam to sobie za każdym razem, gdy odpowiadam sobie na pytanie "czy wyobrażam sobie spędzenie z nim życia?". Nie. Nie wyobrażam sobie. Jeszcze w tamtym roku dotarło do mnie, że ludzie się nie zmieniają. On nigdy nie będzie bardziej przebojowy/uczuciowy/zaangażowany. To, co mi obecnie daje, to maksimum jego możliwości. Taki introwertyczny charakter. NIE ZMIENI SIĘ.
To nie to.
Jest dużym, nieodpowiedzialnym dzieckiem, a jak tu z dzieckiem zakładać rodzinę? Nie potrafi wstać do pracy na określoną godzinę, nie płaci mandatów, które z uporem maniaka otrzymuje, potrafi zapomnieć koła zapasowego od mechanika, zgubić klucze od domu, jego poczucie estetyki dopuszcza centrymetrowe warstwy kurzu na regałach, a pranie robi dopiero gdy już gaci nie można przewrócić na drugą stronę. Duży dzieciak. Nieszczęście, że trafił na kobietę, która ma syndrom "daj, zrobię to za Ciebie/zrobię to lepiej". Mam zapędy do matkowania mu, przyznaję. I to jest chujowe."
A więc musiało się tak skończyć.
Nie mam swojego miejsca.
Właśnie wyprowadziłam się od faceta, z którym kolejny raz zerwałam.
W nowym mieszkaniu jeszcze się nie zaaklimatyzowałam. Z resztą nie będę się dobrze czuć ze świadomością, że pomagam spłacać kredyt mieszkaniowy dziewczynie o 2 lata ode mnie młodszej, a sama nic nie zrobiłam do tej pory w tym zakresie. Kredytu. Ślubu z bankiem.
Chyba liczyłam na to, że ówczesny facet podsunie mi jakieś rozwiązanie.
Gdzie będziemy mieszkać? Jak żyć?
A teraz żyję jak sierota.
Z domu rodzinnego już wyrosłam. Czuję się tam, jak w za małym na mnie dresie, który mimo, że wygodny, to jednak ma za krótkie rękawy i nogawki. Nie mieści mnie.
Wszyscy mnie denerwują. Starzy znajomi z ich reakcjami i tekstami, które znam na pamięć. Nowi znajomi, bo ich nie ma.
Pracę traktuję obecnie tylko jako źródło utrzymania. Codziennie odliczam czas, gdy szef opuści biuro i będę mogła włączyć pasjansa. I przeczekać do końca, pomiędzy marudzeniem jednej koleżanki, a fochami drugiej.
Za nic konstruktywnego nie potrafię się wziąć, bo po kilku dniach/tygodniach mi się odechciewa. Słomiany zapał.
Mam dość.
Wyjazd w Bieszczady dał trochę wytchnienia. Może tam bym pasowała?
"To nie to.
Czuję to za każdym razem, gdy internet/praca/telewizor stają się centrum świata, a ja zamieniam się w mebel. Coraz mniej mi już się chce zwracać na siebie jego uwagę. Inni mnie zauważają, on raz na tydzień. W końcu sypiamy w jednym łóżku i dzielimy ze sobą mieszkanie. Wtedy ja też uciekam w swoje "internety" i miejsca, gdzie ktoś mnie zauważa.
To nie to.
Uświadamiam to sobie za każdym razem, gdy odpowiadam sobie na pytanie "czy wyobrażam sobie spędzenie z nim życia?". Nie. Nie wyobrażam sobie. Jeszcze w tamtym roku dotarło do mnie, że ludzie się nie zmieniają. On nigdy nie będzie bardziej przebojowy/uczuciowy/zaangażowany. To, co mi obecnie daje, to maksimum jego możliwości. Taki introwertyczny charakter. NIE ZMIENI SIĘ.
To nie to.
Jest dużym, nieodpowiedzialnym dzieckiem, a jak tu z dzieckiem zakładać rodzinę? Nie potrafi wstać do pracy na określoną godzinę, nie płaci mandatów, które z uporem maniaka otrzymuje, potrafi zapomnieć koła zapasowego od mechanika, zgubić klucze od domu, jego poczucie estetyki dopuszcza centrymetrowe warstwy kurzu na regałach, a pranie robi dopiero gdy już gaci nie można przewrócić na drugą stronę. Duży dzieciak. Nieszczęście, że trafił na kobietę, która ma syndrom "daj, zrobię to za Ciebie/zrobię to lepiej". Mam zapędy do matkowania mu, przyznaję. I to jest chujowe."
A więc musiało się tak skończyć.
Nie mam swojego miejsca.
Właśnie wyprowadziłam się od faceta, z którym kolejny raz zerwałam.
W nowym mieszkaniu jeszcze się nie zaaklimatyzowałam. Z resztą nie będę się dobrze czuć ze świadomością, że pomagam spłacać kredyt mieszkaniowy dziewczynie o 2 lata ode mnie młodszej, a sama nic nie zrobiłam do tej pory w tym zakresie. Kredytu. Ślubu z bankiem.
Chyba liczyłam na to, że ówczesny facet podsunie mi jakieś rozwiązanie.
Gdzie będziemy mieszkać? Jak żyć?
A teraz żyję jak sierota.
Z domu rodzinnego już wyrosłam. Czuję się tam, jak w za małym na mnie dresie, który mimo, że wygodny, to jednak ma za krótkie rękawy i nogawki. Nie mieści mnie.
Wszyscy mnie denerwują. Starzy znajomi z ich reakcjami i tekstami, które znam na pamięć. Nowi znajomi, bo ich nie ma.
Pracę traktuję obecnie tylko jako źródło utrzymania. Codziennie odliczam czas, gdy szef opuści biuro i będę mogła włączyć pasjansa. I przeczekać do końca, pomiędzy marudzeniem jednej koleżanki, a fochami drugiej.
Za nic konstruktywnego nie potrafię się wziąć, bo po kilku dniach/tygodniach mi się odechciewa. Słomiany zapał.
Mam dość.
Wyjazd w Bieszczady dał trochę wytchnienia. Może tam bym pasowała?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


