czwartek, 29 września 2016

Brak.

Brakuje mi go.
7 lat znajomości.
4 lata związku.
Bycia razem w doli i niedoli.
Miliony wspomnień. Jak na złość teraz atakowana jestem jedynie przez te wspomnienia dobrych chwil.
Myślałam, że będziemy razem mimo wszystko, a z drugiej strony nie widziałam dalszej przyszłości z nim.
Jestem popieprzona, nie?

Boli cholernie.
Dzień za dniem się wlecze. Jedynie muzyka daje wytchnienie. I spacery po parku.

Zaczyna do mnie docierać, że już nigdy nie będę go miała w swoim życiu, tak jak to było do tej pory.
Już nigdy nie pojadę z nim w żadną podróż, nie zjem leniwego sobotniego śniadania i nie popatrzę, jak w fartuszku uwija się w kuchni szykując dla nas posiłek.
Nie będę słuchać muzyki, leżąc obok niego.
Oglądać z nim filmów, denerwując się dlaczego jego nie śmieszy to, co mnie.
Nie będzie godzinnych rozmów przy herbacie po śniadaniu/obiedzie/kolacji.
Seksu pełnego czułości.

Czekam.
Jesień i zimę chciałabym przespać.
Nie myśleć.
Nie płakać.

Wiem, że przechodzę teraz żałobę po związku.
Wiem, że to kiedyś minie.
Ale teraz siedzę i zagryzam pięści, by nie rozryczeć się na głos, bo za ścianą śpi lokatorka.






niedziela, 18 września 2016

Czas.

Dobra.
Pomarudziła i koniec.

Rozpoczynam czas dla siebie.
Czas z ulubioną muzyką.
Czas z filmem i darmowym pasjansem online.
Czas wypełniony ciszą, smutkiem i gapieniem się w sufit.
Czas oglądania durnych vines'ów na YT i picia piwa.
Czas modlitwy, tak dawno nieużywanej, zakurzonej.
Czas robienia niepotrzebnych zdjęć w zapomnianych przez ludzi miejscach.
Czas rozważań, robienia planów i postanowień.
Czas wściekania się, że ich nie realizuję.
Czas "chcę tego tu i od zaraz" oraz czas "na wszystko przyjdzie pora".

Czas.
Tego mi teraz trzeba.
Zaczynam...


niedziela, 11 września 2016

Miejsce na Ziemi.

Nieopublikowany wcześniej post:

"To nie to.
Czuję to za każdym razem, gdy internet/praca/telewizor stają się centrum świata, a ja zamieniam się w mebel. Coraz mniej mi już się chce zwracać na siebie jego uwagę. Inni mnie zauważają, on raz na tydzień. W końcu sypiamy w jednym łóżku i dzielimy ze sobą mieszkanie. Wtedy ja też uciekam w swoje "internety" i miejsca, gdzie ktoś mnie zauważa.

To nie to.
Uświadamiam to sobie za każdym razem, gdy odpowiadam sobie na pytanie "czy wyobrażam sobie spędzenie z nim życia?". Nie. Nie wyobrażam sobie. Jeszcze w tamtym roku dotarło do mnie, że ludzie się nie zmieniają. On nigdy nie będzie bardziej przebojowy/uczuciowy/zaangażowany. To, co mi obecnie daje, to maksimum jego możliwości. Taki introwertyczny charakter. NIE ZMIENI SIĘ.

To nie to.
Jest dużym, nieodpowiedzialnym dzieckiem, a jak tu z dzieckiem zakładać rodzinę? Nie potrafi wstać do pracy na określoną godzinę, nie płaci mandatów, które z uporem maniaka otrzymuje, potrafi zapomnieć koła zapasowego od mechanika, zgubić klucze od domu, jego poczucie estetyki dopuszcza centrymetrowe warstwy kurzu na regałach, a pranie robi dopiero gdy już gaci nie można przewrócić na drugą stronę. Duży dzieciak. Nieszczęście, że trafił na kobietę, która ma syndrom "daj, zrobię to za Ciebie/zrobię to lepiej". Mam zapędy do matkowania mu, przyznaję. I to jest chujowe."



 A więc musiało się tak skończyć.


Nie mam swojego miejsca.
Właśnie wyprowadziłam się od faceta, z którym kolejny raz zerwałam.
W nowym mieszkaniu jeszcze się nie zaaklimatyzowałam. Z resztą nie będę się dobrze czuć ze świadomością, że pomagam spłacać kredyt mieszkaniowy dziewczynie o 2 lata ode mnie młodszej, a sama nic nie zrobiłam do tej pory w tym zakresie. Kredytu. Ślubu z bankiem.
Chyba liczyłam na to, że ówczesny facet podsunie mi jakieś rozwiązanie.
Gdzie będziemy mieszkać? Jak żyć?
A teraz żyję jak sierota.
Z domu rodzinnego już wyrosłam. Czuję się tam, jak w za małym na mnie dresie, który mimo, że wygodny, to jednak ma za krótkie rękawy i nogawki. Nie mieści mnie.
Wszyscy mnie denerwują. Starzy znajomi z ich reakcjami i tekstami, które znam na pamięć. Nowi znajomi, bo ich nie ma.
Pracę traktuję obecnie tylko jako źródło utrzymania. Codziennie odliczam czas, gdy szef opuści biuro i będę mogła włączyć pasjansa. I przeczekać do końca, pomiędzy marudzeniem jednej koleżanki, a fochami drugiej.
Za nic konstruktywnego nie potrafię się wziąć, bo po kilku dniach/tygodniach mi się odechciewa. Słomiany zapał.
Mam dość.

Wyjazd w Bieszczady dał trochę wytchnienia. Może tam bym pasowała?